czwartek, 30 października 2014

Tak to jest jak wychodzi słońce

Są takie osoby, które do szczęścia potrzebują ludzi. Niby ja też, ale to czego naprawdę potrzebuję to słońca. Jestem zodiakalnym lwem. I jak na niego przystało kocham ciepłe, wręcz gorące klimaty. Wysokie temperatury nie są mi straszne. Sprawa jest prosta.
+20 stopni- chłodno.
+30 stopni- ciepło
Powyżej +30 stopni- idealnie....:)
O minusowych temperaturach pisać nie będę, bo już sam fakt, że takowe występują- psuje mi humor. Sporo kosztuje mnie w zimie wychodzenie na zewnątrz, ale wiadomo- zdrowie ważne i chłód również.
Tak już mam, że jak wychodzi słońce, to chce mi się żyć. Słońce daje mi najwięcej energii. Jego promyki pobudzają, powodują uśmiech i sprawiają, że dzień i świat wygląda zupełnie inaczej. Tak jest dziś. Od rana. Efekt tego taki, że obiad na dwa dania zrobiony. Zupa pomidorowo-czosnkowa z lanym ciastem i na drugie makaron z kurczakiem, cebulą i duszoną marchewką posypany parmezanem. Jest i deser- gorąca czekolada. Pranie zrobione, łazienka wysprzątana. Błahe to czynności, ale jakże sprawnie ogarnięte w ten słoneczny i wbrew pozorom "ciepły" dzień. Do szyby u mnie- prawie 20 stopni! Spacer z Arusiem- zaliczony. I tak można żyć. Co innego kilka dni temu. Świata nie widać. Kraków zamglony, zasmrodzony i zasmogowiony. Byliśmy na polu, choć krakowski alarm smogowy przekroczony był chyba ze trzy razy... Mam się dusić w mieszkaniu? Stwierdzam, że jeden piernik. Wczoraj pojechaliśmy do sklepu zakupić kilka przyborów biurowych dla Arusia i jak wysiedliśmy z samochodu, to aż mnie zatkało....tym powietrzem. Czuć było dym i spaliny. Coś strasznego. Ludzie zaczynają chodzić w maskach. Co to za klimat?! Czy to naprawdę XXI wiek? Władze mają zamiar... władze przymierzają się do... w planach jest...chyba naprawdę szkoda to komentować. Z ich zamiarów, planów i zamierzeń efekt będzie może widoczny za kilka, a raczej kilkanaście lat. A my? Trujmy się. Leczmy dzieci czym się da. To  nic, ze bez skutku, ale leczmy! Cóż innego nam pozostaje jako rodzicom?! Bogu dzięki, że jakoś się wszyscy trzymamy i nie chorujemy. Może te tony cebuli, czosnku, cytryny i miodu dają efekty?
W takich chwilach naprawdę marzę o tym, żeby się wyprowadzić. Najlepiej już. I w takie miejsce, gdzie słońce nie będzie miało problemów z przedarciem się przez kłęby smogowych chmur. Gdzieś, gdzie wyjdę rano, usiądę z kawą jeszcze w pidżamie i będę wdychać świeże powietrze. A dookoła będzie cisza, a jedynym co ją przerwie będzie ćwierk ptaków. I wiecie co? Znalazłam takie miejsce.

2 komentarze:

  1. Moje dzieci w Kielcach, gdzie byliśmy do wczoraj niemal nie kaszlały... Dziś ataki kaszlu... Wyszłam rano do apteki i mnie zatkało. To jest jakaś masakra!!!

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za komentarz :)