wtorek, 17 stycznia 2017

Blue Monday...?

Nie dla mnie. Akurat wczorajszy dzień był dla mnie bardzo optymistyczny. Naładowana pozytywnie po weekendzie spędziłam blue monday bardzo przyjemnie. Przygotowałam sobie śniadanko i kawkę, poszłam na dłuuugi i szybki spacer. Dotarłam też na wały (to już u mnie stało się tradycją) i popatrzyłam najdalej jak mogłam. Fantastyczne uczucie. Słońce mnie ogrzewało, a powietrze mroziło. Aura wprost wymarzona. Przy spacerowaniu towarzyszył mi kawałek "Magic Symphony", którego słucham od dawna, zwłaszcza kiedy energia mnie rozwala :) Polecam!
Wróciłam do mieszkania i zrobiłam jeszcze trening oraz wszelkie zabiegi pielęgnacyjne, jakie tylko w domu można. Ugotowałam barszcz biały, bo dawno nie jedliśmy, a potem tradycyjnie poszłam po dzieci i wieczór spędziliśmy razem, przy kolejnych debatach związanych z czym...? Tak, z domem. A jak :)
Zatem nie zasugerowałam się wczorajszymi nagłówkami w stylu "dziś najbardziej depresyjny dzień w roku" i nawet nie zamierzałam czytać udowodnionych naukowo rozbudowanych merytorycznie podpunktów, przekonujących wszystkich dookoła, że tak właśnie jest. A bzdura!
Zjadłam wczoraj tonę marchewek, nawet Chłopcy podpatrzyli i również zaczęli chrupać tuż przed snem.
To był piękny dzień. Bezapelacyjnie!
A dziś też już jestem po treningu. Zabieram się za gotowanie zupy grysikowej, zamówionej rano przez Arka. Czeka mnie trochę porządków i może kolejne sortowanie zabawek niepotrzebnych...? A może to zostawię na next time...:)
Tylko słońca dziś brak....

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za komentarz :)