wtorek, 25 lipca 2017

Ostoja



Osiadłam na dobre. Właśnie piszę z miejsca, w którym chciałam być. Ono powstało i jest. A kiedyś go nie było. To zaskakujące jak szybko się pojawiło. Mam wrażenie, że to było pstryknięcie palcem. Czas tak szybko leci… Jedno zamknięcie oczu, potem otwierasz i jesteś w zupełnie innym miejscu. Takie teraz mam odczucie.
Wczoraj pierwszy raz poczułam zapach domu. Zapach przywiezionych przez nas rzeczy, zabawek i do tego naleśniki na kolację, które sprawiły, że wchodząc z zewnątrz można by pomyśleć, że jesteśmy tu od zawsze. Jedzenie zawsze zbliża ludzi. A przynajmniej według mnie.
Dostałam też na przywitanie cytrynowe ciasto od Sąsiadów. To taki miły gest, że w całym tym kołowrotku sprawił, że usiadłam i teraz oprócz naleśnika i kawy skubię go po kawałku. Kojarzycie Osła ze Shreka jak przetoczył się przez kołowrotek? Moment, w którym spadł jest momentem, w którym ja skubię ciasto :)
Teraz widzę, że to wszystko prawda. Stół, spiżarnia (!), pokoje i każdy zakątek to nasze docelowe miejsce. Teraz dokładnie widzę, jak porusza się choinka na wietrze. Teraz mam okazję się przyjrzeć, jak wyglądają moje kwiatki w nocy, które minimalnie oświetla księżyc i solarny żółw. Teraz mam czas, żeby rejestrować wszystko z najdrobniejszymi szczegółami. Teraz tak właśnie będzie.
Bezpowrotnie rozpoczął się nowy etap w naszym życiu. Jednak trudno mi pogodzić się z upływającym czasem. Z jego niezwyciężoną nieuchwytnością. Przenika przez palce na moich oczach i mknie do przodu i wciąż.
Najgorszym momentem było ściąganie dekoracji ze ścian u Chłopców. Ich dekoracji. Ich malutkich kącików, ale jakże przytulnych, bajkowych i ulubionych. To tak jakby ktoś próbował zaburzyć i zepsuć wszystko to, co dziecinne i beztroskie. Czułam, że nie mam prawa tego ściągać. I z każdą kolejną naklejką wiedziałam, że te chwile nie wrócą już nigdy. NIGDY. Te osiem lat spędzonych w naszym M to czas, w którym działo się wszystko. Niezliczona ilość sąsiedzkich spotkań, śmiechów i żartów. To nasz wielki dzień Ślubu i Błogosławin, gdzie dokładnie mogłabym wskazać miejsce, w którym klęczeliśmy, a potem wsiadaliśmy do naszego pięknego granatowego jaguara. To niezapomniana do końca życia brama na osiedlu, którą przygotowali nasi Sąsiedzi. To również czas innych poważnych decyzji, życiowych sukcesów, przełomów i zwrotów akcji J To miejsce, gdzie rozpoczęły się skurcze porodowe, to miejsce do którego wracaliśmy po egzaminach, to miejsce do którego ZAWSZE wracaliśmy… To miejsce, do którego przywieźliśmy nasze dzieci i w którym spędziły swoje pierwsze lata życia. Nie ma go już. I nigdy nie powróci.
A tutaj wreszcie dzieje się to o czym mówiliśmy dzieciom od przynajmniej roku. Dzień za dniem rozmowy o budowie i nowych pokojach sprawiły, że nasza starsza Latorośl ma już dość „starego” przedszkola, pomimo, że w nowym nie spędził jeszcze całego dnia. Przygotowałam dzieci na te zmiany jak tylko mogłam. Przyjeżdżaliśmy tu kiedy tylko mogliśmy, żeby im również było łatwiej zmienić swój dziecięcy świat. I dobrze się złożyło, że kiedy polowali u Dziadków na lisa, my przemieniliśmy te nasze dwa światy. Teraz Arek może nadzorować malarzy i po przedszkolu liczyć ile mają pędzli J
A moja nieśmiertelna pralka umiejscowiona w pomieszczeniu gospodarczym wygląda jak mała pralinka. I robi pierwsze pranie w naszym domu!!!

2 komentarze:

  1. kiedy my się wprowadzilismy w niedziele 21.10. 2012r do naszego domuto tez pierwszym co zrobiłam, dla nas do jedzenia w naszym domu były nalesniki, ktorych nie lubię:) powodzenia i pieknych chwil w waszym domu! bardzo sie cieszę:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Pięknie napisane. Ubeczalam się czytając to jedząc jedni z ostatnich śniadań na naszym pierwszym wspólnym M... miedzy kartonami i złożonymi już meblami dzieci... powodzenia dla Was na tym Nowym kochana :*

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za komentarz :)