wtorek, 18 kwietnia 2017

Po-wielkanocny śnieg...!

Święta minęły bardzo szybko. Święcenie koszyczków jak zwykle odbyło się w Kościele przy ul. Bulwarowej. Po obiedzie poszlismy na dłuuugi spacer wałami wspólnie z dziećmi. Obserwowaliśmy sobie wszystko dookoła i zaskoczył mnie fakt, jak dużo można się dowiedzieć podczas spacerowania ze swoimi dziećmi. Był na to czas i chwila spokoju, której wszyscy potrzebowaliśmy- żeby naładować swoje akumulatorki. Byliśmy wyposażeni w parasolki na wszelki wypadek, bo kwiecień w pełnej krasie oferuje słońce i deszcz. Wróciliśmy późnym popołudniem w sam raz na kolację. Śniadanie wielkanocne i cały pierwszy dzień Świąt spędziliśmy na wsi, tam z kolei kwiecień zaserwował taki powiew wiatru, że nosa by nikt nie wychylił. Mieliśmy za to do dyspozycji kolorowe i pulchne ciasta i inne tradycyjne pyszności wielkanocne. Jestem wciąż (i za każdym razem) pod wrażeniem Organisty w Igołomii i sama nie wiem czy lepiej gra, czy śpiewa..? Coś fantastycznego dzieje się w środku, kiedy słucha się takiej mocy i wychodząc z Kościoła wciąż wszystko dudni w uszach, jakby nadal grało...zupełnie jak w dzieciństwie...
Wczoraj byliśmy w Niepołomicach. Wcześniej przygotowałam obiad, żeby zabrać go do naszego domu i tam zjeść wspólnie przy naszym dużym stole. Bardzo cieszy nas fakt, że mamy możliwość spędzać tam czas. I z każdym dniem chcemy tego bardziej. Były urodziny J. i dzieci świetnie się bawiły. A dzieci przy stole z roku na rok coraz więcej! Wariowały na całego, szkoda tylko, że pogoda wciąż chłodna...
Dziś dla odmiany na zewnątrz pada po-wielkanocny śnieg.
Kwiecień jest doprawdy bezlitosny...!

piątek, 14 kwietnia 2017

Wesołego Alleluja!

Porządki zakończone. Własnie gromadzę wszystkie ozdoby, bo dziś wieczorem zasiadamy do dekoracji i wspólnie z dziećmi zaczynamy wielkanocne świętowanie.
Życzę Wam pięknych Świąt Wielkiej Nocy- spędzonych w rodzinnej atmosferze, jak również kolorowych pisanek i pięknych prac twórczych, świętujcie ze wszystkich sił!

Kurczak z jajka się wykluwa
bo do Świąt już tylko chwila...!
Niechaj wszystko dookoła
czas ten piękny Wam umila!

Wesołego Alleluja !!!


poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Kuchnia- część 1

Już w pierwszym zdaniu to napiszę, że gdyby nie pomoc Rodziców i Brata Męża mego to nici z kuchni by wyszły. Opieka nad naszymi dziećmi to bezcenna sprawa, a i możliwość transportu bardzo się przydała!

Moje doświadczenia z kuchnią są dosyć duże, bo tutaj w mieszkaniu również ją zamawialiśmy. Ostatecznie zdecydowaliśmy, że do małej przestrzeni najlepiej sprawdzi się biała lakierowana kuchnia z czarnymi dodatkami. Tak się też stało. Kuchnia jednak przy dwójce małych dzieci szybko się brudzi, każde dotknięcie widać i trzeba co jakiś czas polerować. Plus tego jest taki, że szybko czyszczą się lakierowane powierzchnie, więc wcale ta opcja nie była taka zła. Doskonale pamiętam mój zachwyt w dniu, kiedy wszystko w niej ułożyłam i kiedy okazało się, że w tak małej zabudowie można zmieścić tyle szafek i różnych rozmaitości. Do tej pory tej opcji kuchni nie zmieniłabym i mam nadzieję, że ktoś kto zamieszka po nas bedzie choć trochę o nią dbał. (Tak, wiem, że na "wynajętym" to niemal niemożliwe...). Pięknie odbija światło, jest idealnie wpasowana we wnękę i w dodatku ma absolutnie wszystko co potrzebne.

Kuchnia to serce domu. Takim hasłem chwalą się różne portale i spece, którzy pokazują swoje pomysły i zachęcają do zakupu. A ja się śmieję, że serce musi bić. Jak się w kuchni gotuje pyszności, to i owszem- wtedy kuchnia jest prawdziwym sercem domu. Ktoś się nie zgodzi..?

Pomysł na kuchnię w naszym domu pojawił się już dawno temu. Rozważałam dwie opcje- znów białą/lekko kremową z rustykalnymi dodatkami i duuużym zlewem albo drewnopodobne fronty. Ta druga opcja tak się rozgościła, że już prawie ją kupiłam. Prawie.
Po drugiej wizycie w sklepie, kiedy już wszystko było w zasadzie ustalone Pani zwyczajnie zapytała: czy Pani podobają się te "drewniane" fronty? I w zasadzie, choć bardzo chciałam mieć taką domową kuchnię i kojarzyła mi się dobrze i spójnie z domem w małym miasteczku to powiedziałam, że muszę iść na kawę i sprawę ostatecznie przemyśleć. Pokazałam T. jeszcze raz pierwszą opcję, którą na początku odrzucił i stwierdził, że jednak jest... lepsza! Najlepsza. Zmiana, a raczej powrót do opcji nr 1 umożliwiła wybór spójnego blatu ze stołem i zamontowanie jeszcze większego zlewu jednokomorowego. Wszystko wyszło na plus. I jak patrzę na te lekko kremowe fronty, które jeszcze są w pudełkach, to już wiem, że po raz drugi bedzie to kuchnia moich marzeń. W moim stylu i w moich kolorach. A Ci co mnie znają wiedzą, że uwielbiam kontrasty. Tak bedzie i tym razem. Ostatecznie zamówiliśmy jedną część kuchni, która zapełni jedną ścianę. O drugiej pomyślimy przy przeprowadzce, bo zdecydowaliśmy się zabrać AGD z mieszkania. Wtedy być może dokupimy siedzisko pod okno i barek z półkami.
Wszystko w swoim czasie :)

A tu fotki podglądowe:
 Fronty szafek- źródło- Internet

Nasz stół, ale bez krzeseł na zdjęciu. Źródło- Internet
Blat kuchenny- będzie w kolorze stołu. Źródło- Internet,


Dla Kubiksa :)

Niech Ci będzie tutaj pięknie
niech Ci świat otworem stoi!
Ptaszki niech ćwierkają wdzięcznie
Słońce chmurkę niech przegoni!

Rośnij zdrowo, rośnij duży
sporo bowiem tu podróży...!

Sporo przygód tu dla Ciebie,
niech Ci będzie tu najlepiej!
W świat z impetem wejdź Kubiksie :)
Tak jak w wierszowanym miksie :D

sobota, 1 kwietnia 2017

Uroki domu



Nie ma sensu dusić się w takie piękne dni jak dziś i dlatego zaraz z samego rana zebraliśmy się i jesteśmy w Niepołomicach. Pozwoliłam dziś moim dwóm Latoroślom na umorusanie się nie po pas, a po uszy. I w życiu, serio nie widziałam tak brudnych moich dzieci. Chyba nawet nie przyszło mi do głowy, że dzieci mogą się tak ubrudzić. Wokół naszego domu gdzieniegdzie rośnie kępka trawy, a tak to sama ziemia, a raczej piaskowy pył, w którym dosłownie toniemy. Gumowce są niezbędną częścią naszej garderoby, a z kolei gorąco w nich niemiłosiernie…Pan z ziemią jedzie do nas już od paru dni. Nie powiem, chciałabym żeby wreszcie dojechał, bo chodzić i tonąć już nie mam ochoty. 

Dwa tygodnie temu przeżyliśmy w naszym domu dreszczyk grozy. Poszłam na chwilę do mamy wieczorem i nieco się zagadałam. Zanim się zorientowałam, gdy otworzyłam drzwi wychodząc od Niej coś mi te drzwi porwało…a co? Wiatr! Potężny wiatr, jakiego nie pamiętam jak żyje. Szarpnęłam więc drzwi z powrotem do siebie i zamknęłam je. Po chwili postanowiłam, że jednak idę, bo to przecież parę kroków i szybko przebiegnę. Na moment ustało wiać więc szybkim krokiem przemaszerowałam dzielący mnie dystans. Na tym małym odcinku zaobserwowałam uginające się drzewa, trzaskające gałązki i wirujące w powietrzu różne przedmioty. Przestrzeń i ciemność w połączeniu z siłą wiatru zrobiły niesamowity efekt. Jak tylko wpadłam do swojego domu, to szybciutko opowiedziałam dzieciakom co widziałam, a oni słuchali z otwartą buzią…! Na dodatek, kiedy siedzieliśmy wszyscy przy stole pierwszy raz całą czwórką obserwowaliśmy…burzę! Biorąc pod uwagę fakt, że nie mamy ni w ząb żadnej zasłony, to mieliśmy naprawdę niezłe „fonobłyski” (pamiętacie to określenie z czasów PRL?!). Zatem „fonobłyski” rozpościerały swoje ramiona na cały nasz widok z okien na ogród. Całe niebo było jedną wielką błyskawicą. Grzmoty były nieco mniej efektowne, ale to może i lepiej..?

Dziś z kolei usłyszeliśmy sześć sygnałów alarmowych straży pożarnej i widzieliśmy w oddali palące się ognisko. Przesiedzieliśmy, to za duże słowo, ale dosłownie cały dzień spędziliśmy na powietrzu, grabiąc, sprzątając i segregując odpady, które chyba nigdy się nie skończą :) Chłopcy kopali tunele w ziemi, robili swoje „ogródki”, sprzątali taras itd., itp…
Czujemy się jak na wakacjach. A to przecież nasze nowe życie..!