piątek, 31 października 2014

Dynia duży ma swój brzuszek, a na brzuszku jej fartuszek

W zeszłym roku na halloween, specjalnie dla Arusia wycinaliśmy dynie. Jak ten czas leci! Sami zobaczcie! Aruś miał wtedy rok i 2 miesiące :)


A w tym roku... również przyjechały dynie. Ze wsi. A jakże! Jedna mała, druga no nie powiem... nawet nie odważyłabym się jej podnieść. Ledwo uniosłam tę mniejszą. Pomysłów na przyozdobienie dyń jest masa. Mi wpadł do głowy "pomysł nie taki straszny", głównie ze względu na Arusia, co by w nocy koszmarów nie miał. Wieczorem dokończyliśmy wspólnie wyciąganie miąższu, mi pozostało malowanie. Ostała się tubka specjalnej farbki białej właśnie, a że uwielbiam biały kolor to efekt taki oto:

Czego się nie robi dla dzieci? Teraz to wiem :) W tym roku nasza dynia, a właściwie dwie to staruszka, która ma założone okulary i fartuch. Aktualnie stoi na stoliku na balkonie i świeci sobie. Tyle radochy! A z resztą sami zobaczcie:




Wycięty fartuch posłużył jako śliniak i korona (koronę dla Mamusi wymyślił Aruś!) Kreatywnie, nie powiem! Tomasz uznał, że to śliniak....hmmm cóż...





Zrobiliśmy też dziś porządki w piwnicy. Uwielbiam robić porządki w piwnicy, serio! Jakoś tak mi lżej na zimę :) I musiały odbyć się właśnie dziś. W sumie mamy dwa regały przetworów. Skąd tyle tego?! I wreszcie mogę swobodnie po nie sięgnąć. Aruś już przymierzył się do sanek. Wszystko przed nami. 

po to, by nie zapomnieć, że oprócz dyń, cukierków i przebrań mamy nasze pełne zadumy Święto Zmarłych. Dobrej nocy.


czwartek, 30 października 2014

Mądrość 4

Wczoraj jechaliśmy na zakupy. Ja jak zwykle maszeruję garażem do samochodu i już mam wsiadać, a Aruś mówi do Tomasza:
Oooooo! Tato! Zmieniłeś koła?!

Hmmm. Cóż. Rzeczywiście nie zauważyłam, że mamy już zimówki. Wniosek? Dziecko mi przypomni :) Mój Mały Spostrzegawczy Mężczyzna :)

Mądrość 3

Kupiłam sobie torebkę biało-niebieską. Aruś pyta: Mama masz nową tojebkę? Tak Arusiu. Kupiłaś sobie? Tak. A gdzie? W sklepiku.
Ze trzy m-ce później kupiłam sobie przez allegro torebkę z frędzlami, ale że aukcja kijowa i w regulaminie mieli, że wysyłka trwa nawet do dwóch miesięcy, to temat odpuściłam i stwierdziłam, że dojdzie wtedy kiedy wyślą i już. W międzyczasie zobaczyłam wymarzoną torebkę (również z frędzlami) z h&m. Kupiłam. Po tygodniu przyszła również ta z allegro. Aruś wraca ze żłobka, widzi torebkę na stole i mówi:
Mama, masz nową tojebkę?
Tak Arusiu.
Kupiłaś sobie?
Tak. W sklepiku.
Aruś: Ojej, znowu?!


Tak to jest jak wychodzi słońce

Są takie osoby, które do szczęścia potrzebują ludzi. Niby ja też, ale to czego naprawdę potrzebuję to słońca. Jestem zodiakalnym lwem. I jak na niego przystało kocham ciepłe, wręcz gorące klimaty. Wysokie temperatury nie są mi straszne. Sprawa jest prosta.
+20 stopni- chłodno.
+30 stopni- ciepło
Powyżej +30 stopni- idealnie....:)
O minusowych temperaturach pisać nie będę, bo już sam fakt, że takowe występują- psuje mi humor. Sporo kosztuje mnie w zimie wychodzenie na zewnątrz, ale wiadomo- zdrowie ważne i chłód również.
Tak już mam, że jak wychodzi słońce, to chce mi się żyć. Słońce daje mi najwięcej energii. Jego promyki pobudzają, powodują uśmiech i sprawiają, że dzień i świat wygląda zupełnie inaczej. Tak jest dziś. Od rana. Efekt tego taki, że obiad na dwa dania zrobiony. Zupa pomidorowo-czosnkowa z lanym ciastem i na drugie makaron z kurczakiem, cebulą i duszoną marchewką posypany parmezanem. Jest i deser- gorąca czekolada. Pranie zrobione, łazienka wysprzątana. Błahe to czynności, ale jakże sprawnie ogarnięte w ten słoneczny i wbrew pozorom "ciepły" dzień. Do szyby u mnie- prawie 20 stopni! Spacer z Arusiem- zaliczony. I tak można żyć. Co innego kilka dni temu. Świata nie widać. Kraków zamglony, zasmrodzony i zasmogowiony. Byliśmy na polu, choć krakowski alarm smogowy przekroczony był chyba ze trzy razy... Mam się dusić w mieszkaniu? Stwierdzam, że jeden piernik. Wczoraj pojechaliśmy do sklepu zakupić kilka przyborów biurowych dla Arusia i jak wysiedliśmy z samochodu, to aż mnie zatkało....tym powietrzem. Czuć było dym i spaliny. Coś strasznego. Ludzie zaczynają chodzić w maskach. Co to za klimat?! Czy to naprawdę XXI wiek? Władze mają zamiar... władze przymierzają się do... w planach jest...chyba naprawdę szkoda to komentować. Z ich zamiarów, planów i zamierzeń efekt będzie może widoczny za kilka, a raczej kilkanaście lat. A my? Trujmy się. Leczmy dzieci czym się da. To  nic, ze bez skutku, ale leczmy! Cóż innego nam pozostaje jako rodzicom?! Bogu dzięki, że jakoś się wszyscy trzymamy i nie chorujemy. Może te tony cebuli, czosnku, cytryny i miodu dają efekty?
W takich chwilach naprawdę marzę o tym, żeby się wyprowadzić. Najlepiej już. I w takie miejsce, gdzie słońce nie będzie miało problemów z przedarciem się przez kłęby smogowych chmur. Gdzieś, gdzie wyjdę rano, usiądę z kawą jeszcze w pidżamie i będę wdychać świeże powietrze. A dookoła będzie cisza, a jedynym co ją przerwie będzie ćwierk ptaków. I wiecie co? Znalazłam takie miejsce.

środa, 29 października 2014

Do Ewy C.

Droga Ewo,
chciałam napisać do Ciebie kilka słów, głównie z powodu, że inspirujesz tyle kobiet...tyle zmian ile się dokonało, a to głównie przez Ciebie i Twoje ćwiczenia.

Zacznę jednak od początku. Jestem normalną dziewczyną i nigdy nie miałam problemów z nadwagą. Moja sylwetka jest w miarę proporcjonalna, waga do wzrostu również. W roku 2012 urodziłam Synka. Po pierwszej ciąży zostało mi 2 kg... Ale wbrew pozorom to nie było takie proste. W sumie przytyłam 10 kg.(dziecko 3720, łożysko 1,5 kg i wody płodowe).To nie geny, a moja silna wola. W dwa tygodnie po porodzie założyłam swoje krótkie spodenki sprzed ciąży. Ale ile mnie to kosztowało...? Codziennie odżywiałam się zdrowo. Zero słodyczy (na które na szczęście ochoty nie miałam), zero fast foodów, zero białego pieczywa- nic, dosłownie nic! Codziennie porcja warzyw i owoców. Duża porcja i dodatkowo jedna zasada. Przed każdy posiłkiem szklanka wody, a wiadomo kobieta w ciąży powinna jeść często, ale za to w małych porcjach. Tym samym- piłam dużo. Tak wszystko wyglądało przez 9 miesięcy. Okres karmienia spowodował, że przytyłam 2 kg, bo cały czas wydawało mi się, że mam mało pokarmu, więc podjadałam nawet w nocy- głównie domowego sernika, żeby uzupełniać wapno...Zrzuciłam nadprogramowe 2 kg po kilku miesiącach, kiedy przestałam karmić mojego Maluszka. Wróciłam na siłownię, potem nauczyłam się pływać. Nie jest to poziom nawet zaawansowany, ale sam fakt przepłynięcia basenu samodzielnie powoduje uczucie szczęścia i tego, że jednak potrafię. Teraz jestem w drugiej ciąży. To już ósmy miesiąc. Mam 8 kg na plusie. Odżywiam się zdrowo, nawet bardzo zdrowo. Wiem, że to dla dobra mojego i mojego dziecka. Ilość spożytych przeze mnie owoców, warzyw, kasz przekracza wszelkie granice :) Mąż się śmieje, że nie nadąża robić zakupów. Razem ze mną w tej ciąży przeszedł na dietę i ubyło Mu ok. 8 kg. Śmiejemy się, że przeszło na mnie. Kiedy zaszłam w ciążę polubiłam Twój profil na facebooku. Jesteś dla mnie inspiracją, każdego dnia oglądam przemiany Dziewczyn i gorąco im kibicuję, nie mogąc się doczekać, kiedy sama zacznę. Nawet mój Mąż stwierdził, że może On też powinien ćwiczyć z "tą Chodakowską" :D Do porodu pozostało mi jeszcze ok. 7 tygodni. Codziennie smaruję swoje ciało, przynajmniej dwa razy dziennie, chcąc uniknąć rozstępów. Jeśli się pojawią, to będę miała satysfakcję, że zrobiłam naprawdę wszystko, żeby ich nie było. Chcę Ci podziękować za zdjęcia śniadań, które zamieszczasz, za ćwiczenia, za przemiany Dziewczyn, bo piękne to przemiany! Dokonują niemal cudów...udowadniają, że się da. Pewnie teraz zastanawiasz się, dlaczego to wszystko piszę...? A dlatego, żeby się zobowiązać. Chcę po porodzie zrobić sobie zdjęcie. Chcę zadbać o siebie raz jeszcze. Chcę uzyskać sylwetkę o jakiej zawsze marzyłam, ale tak naprawdę nigdy nie osiągnęłam, bo bycie szczupłym to jeszcze nie wszystko. Pomyślałam sobie, że jeśli do Ciebie napiszę i się zdeklaruje to nie będę miała odwrotu. I żadnej wymówki, że dwójka dzieci na głowie, dom itd. itp. A potem zrobię drugie zdjęcie i będę liczyć na dobre słowo :)
Ja trzymam kciuki za Ciebie. Osiągnęłaś niesamowity sukces motywując tysiące kobiet. Naprawdę szczerze podziwiam :) Oby więcej takich ludzi. Ludzi, którzy potrafią się cieszyć każdym dniem, dla których sukces jest powodem do dumy, którzy potrafią wziąć życie w swoje ręce i którzy się w pełni realizują.
Trzymaj kciuki również za mnie. Termin porodu wypada mi na święta Bożego Narodzenia, a więc od nowego roku mogę zacząć myśleć o tym, żeby zmieniać swoje ciało. I żeby mieć wreszcie upragniony "kaloryfer" na brzuchu. Żeby założyć sukienkę, swobodnie i bez obaw, że coś jest nie tak. W końcu jestem matką, ale przede wszystkim kobietą. Pozdrawiam serdecznie i życzę Ci dalszych sukcesów. 

p.s. ale i tak pierwsze co kupię, to czerwone sandały na szpilce :P

poniedziałek, 20 października 2014

Ona cz. VI

Ona.
Idzie
dość odważnie.
Zamyślona
i nie patrzy dziś uważnie.
Idzie z rana żwawym krokiem
zatroskana.
Image znowu swój zmieniła,
przedtem włosy poskręcane,
teraz są wyprostowane.
Kolor włosów w brąz zmieniony
i pod słońce oszroniony.
Często lubi siebie zmieniać,
nie chce chować się gdzieś w cieniach.
Gęste włosy i błyszczące
w słońcu dziś połyskujące
wiatrem lekkim są podwiane,
artystycznie poplątane
i z innymi dziś włosami
z klasycznymi obcasami
przystanęła wtem pod drzwiami.
Szuka czegoś w swej torebce,
uśmiech Jego usta łechce.
Czemu dzisiaj się zmieniła?
Nieświadomie zaskoczyła.
Zmierza ku Niej jak najprędzej,
by zobaczyć jeszcze więcej...
Skąd on...? Długo
na Nią czeka?
Ruszył z miejsca
i nie zwleka...
I podchodzi do Niej śmiało,
obserwuje Inną całą.
Ją. Jej kolor tak się mieni...
Są. Oboje odmienieni.
On. Jak dobrze
dziś wygląda.
Ona w Niego też spogląda.
I nie może wyjść z zachwytu
szuka z tyłu gdzieś uchwytu.
Jest ten uchwyt
więc otwiera.
Czemu razem...
czemu teraz...
Wzrok Ich ten
odwzajemniony,
przez Nich samych
jest speszony.
Wszystko takie niedorzeczne,
czasem bardzo niebezpieczne.
Ona wspina się po schodach,
czuje wzrok na swoich nogach.
On wygłasza komplementy,
Ona szybciej w górę, tędy...
Weszła i się odwróciła,
blask niebieski zobaczyła,
uśmiech ten nieodgadniony,
cały dzisiaj odmieniony.
Teraz Ona obserwuje,
On słowami Ją stopuje,
nie chce by tak zaglądała,
by się czegoś dowiedziała.
Znów Jej myśli wyprostował
w samo sedno ripostował.
Znowu wszystko zrozumiała.
Teraz już nie zaglądała...
Dzisiaj bardzo jest zajęta.
Jego mina...czy przejęta?
Odwróciła się plecami.
Raz kolejny Ją omamił.
Dzisiaj się już nie odwróci.
Dzisiaj wszystko się ukróci.
Stała tyłem zamyślona,
znowu Nim onieśmielona.
Znów wszystkiemu On był winien.
Ona winna...On powinien...

Ona cz. V

Siedzi zamyślona.
W swój monitor
znów wpatrzona.
Znowu jest zapracowana.
Smutna i skoncentrowana.
Brwi teraz ściągnęła.
Palcem ust dotknęła.
Wzrok swój odwróciła,
torbę otworzyła.
Wyciągnęła.
Szminka.
Znów czerwona
i powoli wykręcona...
dotykana...
placem jej serdecznym,
widok niebezpieczny.
Ta do ust przylgnęła.
Kolor swój powzięła
jakby stamtąd była,
pięknie się zmieniła.
W trakcie malowania,
w trakcie dotykania
znów do Niej podchodzi,
wzrokiem po Niej wodzi.
Zdanie swe wyraził.
Wyznaniem poraził.
Co się wtedy działo?
Serce trzepotało
i wzrok się krzyżował,
świat wkoło wirował.
Tak. Wszystko intymne.
Nie zawsze niewinne.
Tyle wystarczyło,
by Go znów zwabiło...

Formułka na nerwa nr 35

Elegancie Picowany
coś żeś dzisiaj niewyspany.
Co żeś w nocy dziś porabiał?
Tylko nie mów, żeś obłapiał...!
Pracowałeś! Tak myślałam,
właśnie to podejrzewałam...!
Wzrok masz jakiś rozbiegany...
chyba żeś przepracowany!
Nikczemniku! Bezwstydniku,
wzrok Twój znów jest przy guziku!
Gdzie tam znowu mi zaglądasz?
Chociaż średnio dziś wyglądasz,
nie oszczędzę Ciebie zatem!
Chcesz przez łeb dziś dostać batem?
To za mało jest dla Ciebie?
Masz się czuć przecie jak w niebie!
Dziś Sąsiadce mej pomożesz,
co ma w domu kilka stworzeń
i Ty jedno wyprowadzisz...
za "guzika" mi zapłacisz...

c.d.n.

Przymilanka nr 6

Nos Ci wsadzę w Twoje ucho
razem z mym oddechem
i dostaniesz gęsiej skórki
przepełnionej śmiechem,
potem mocno Cię obejmę,
że prawie uduszę,
pewnie znowu Cię do śmiechu
głośnego przymuszę...

Dom moimi oczyma

Kiedyś Tomasz mnie zapytał
jaki chcę mieć dom?
Nie, nie wierzę, że zapytał.
Boże, Mój Ci On!

Nowy dom będziemy mieli
nie dla nas dom stary,
wielki stół będzie w salonie,
krzesła nie do pary

Długi stół to jest podstawa
oj tak moi mili
bardzo chciałabym by przy nim
wszyscy się zmieścili

Będę miała wielki kufer
w kufrze będą skarby
będę miała w nich pamiątki
od żywych, po zmarłych

Wielki, ciężki cenny kufer
będzie miał swój zapach,
który sam się w nim wytworzy
zapewne po latach...

Będę miała też dla siebie
osobisty kącik,
żebym mogła w nim składować
różne bibelotki.

Właśnie teraz zapisuję
już kolejny zeszyt,
wszystko pójdzie do gablotki,
ależ mnie to cieszy!

W kuchni będzie wirowało,
będzie się w niej działo,
raz się będzie gotowało,
potem będzie wrzało

Niechby jeszcze każde danie
smaki uzyskało,
niechby wszystkim, łącznie z gośćmi
niechby smakowało!

Będę w domu mieć kryształki
różne świecidełka,
a w łazience wkomponuję
malutkie lusterka

Niech ze ścian w półmroku
niechaj mi migocą,
niechaj mi migocą
tak jak gwiazdy nocą!

W łaźni naszej będzie okno,
będzie dosyć duże,
będzie sobie wystawało
na bok, na podwórze

Jak się będziesz chciał wykąpać
w naszej łaźni dużej
przy okazji się przysłuchasz
za oknem naturze.

Tomasz będzie miał swą strefę
oazę spokoju
będzie kreślił w gabinecie
dla swego rozwoju

Niech się piętrzą Mu szpargałki
i inne bazgrołki
niech tam koty Mu fruwają
i robią koziołki!

A w spiżarni będę miała
miejsce na przetwory,
będzie miejsce też na ciasta,
różne inne twory...

Każda półka będzie służyć
odpowiednio- czemuś,
żebym długo nie szukała
ot. np. dżemu.

Będą stały też nalewki
od Piwowarczyków,
może wspólnie wypijemy
przy ciepłym kominku?

Będą wina też czekały
na różne okazje,
będą sobie dojrzewały,
taką mam fantazję.

Będę w zimie stać z łopatą,
mogę nią odśnieżać,
może przez to będę zdrowsza,
silna, bardziej świeża?

Będzie pralnia i bawialnia,
będzie tętnić życie,
będę cieszyć się przyrodą,
codziennie, obficie!

Kiedyś z dziećmi ulepimy
wielkiego bałwana,
ulepimy...przyzdobimy
od samego rana!

Niech tarzają się w śniegowcach
i w kombinezonach,
ależ będę z tego dumna
jako Matka- Żona!

Wszystko będzie tam solidne
zdrowe i rodzinne,
wszędzie będą rozsypane
akcenty dziecinne

Kto wie? Może jeszcze by przygarnąć
Pana Tofla-Stróża?
Żeby bronił nam dobytku,
całego podwórza...?

Dawno temu u dentysty

Zapoznani z gabinetem
Aruś wkroczył tam z impetem,
podotykał, pooglądał,
słyszał wiertło koło ząbka,
ale wiertło nie wierciło
tylko małe cyk zrobiło,
potem lampka zaświeciła,
Pani Doktor cyk zrobiła,
Pani Doktor wniebowzięta
(bo te włosy, te oczęta)
w komplementach znów skąpani
wyszliśmy uradowani.
Pierwsze koty precz za płoty
ominęły nas kłopoty.

niedziela, 19 października 2014

Składam serdeczne podziękowania...

Matka Browar książek
w zbiorach poszukała,
Monia swoją pracę
nawet podesłała,

Łukasz swoją pomoc
również oferował
(swoją też niedawno
pilnie komponował).

Kasia podesłała
wszystkie miesięczniki,
co ich nie czytają
przeciętne ludziki,

Ani P. dziękuję
za Jej licencjata,
przez to moja praca
również w treść bogata.

Dorota pomogła
swym segregatorem-
wiedziałam od razu-
stamtąd coś wybiorę!

Kamil się wykazał-
przesłał orzeczenia,
z orzeczeń powstały
moje uściślenia.

I Anetę również
w tym miejscu wymienię-
szablon wypełniła,
dobre z Niej Stworzenie

I Piwowarczykom
oraz Mojej Mamie
I naszym Pietrzykom-
Wam- za pilnowanie.

(Wiecie o kim mowa-
ta Kręcona Głowa
skupić się nie dała,
bo jeszcze za mała).

Drogiemu Mężowi
za formatowanie...
pomoc się przydała.
Dzięki Ci .....

Wszystkim tu dziękuję-
wpis Wam dedykuję,
wszyscy udział macie
w moim licencjacie!

Jednego żałuję,
trochę się buntuję,
nie ma pozwolenia
ni rozporządzenia,

by licencjat pierwszy
był pisany wierszem.
Ja nie chciałam prozą!
Boże! Nie! O zgrozo,

ale napisany
i nie rymowany.
Cóż mi pozostaje?
Znacie me zwyczaje...

(mam swojego bloga,
na szczęście, na Boga.)

Agnieszce należy się
podziękowanie,
głównie przede wszystkim
za motywowanie!

Za cenne wskazówki,
za cenne porady,
dzięki Niej ma praca
nabrała ogłady.

Ankieta powstała-
dzięki Respondenci!
Pięknie w szwach pękała
(mam to w mej pamięci).

Tak jak już wspomniałam
pracę obroniłam,
wpis dla Was kolejny
dzisiaj zamieściłam

Wszystkim posłodziłam?
Wszystkich wymieniłam?
Do rzeczy przechodzę
już więcej nie słodzę,

bo za dużo lukru-
lukier przecież z cukru,
niech zagości koniec-

ŚCISKAM WASZE DŁONIE :)

poniedziałek, 13 października 2014

Geny, ach te geny...!


Który bardziej ucieszony?
Który mocniej zakręcony?
Jest tu Aruś i jest Tata...
tak jak pokazują lata...

Nie da się ich oszukać. Są przekazywane z pokolenia na pokolenie. Nie da się nie zauważyć podobieństwa- Dzieci i ich Rodzice.
Wśród naszych znajomych większość par ma już dzieci. Jedno zwykle podobne do Mamy, drugie do Taty. Podobne to mało powiedziane. To jakby zdarta skóra z Rodziców. Niby wiadomo, jak to się dzieje...a jednak to tak bardzo zadziwia! Jak się patrzy na ich zdjęcia z przed lat i porównuje z ich Dziećmi to aż się wierzyć nie chce! Geny...ach te geny...! Daleko szukać...? Proszę bardzo.


Wykopki

"Boże broń, żebyś zbierała ziemniaki!" No tak. A jakże. W tym roku nic z tego. Za to w tym roku pierwszy raz uczestniczy w tym Aruś. Wyobraź sobie. Pole. Dużo pola za stodołą. Gdzie wzrokiem sięgniesz, wszędzie pola zielono-żółte. A to rosną kalafiory, a to kapusta, a to brokuły, a u nas ziemniaki. Patrzę w prawo- jarzynki. Wśród nich kolorowe kwiatki, tylko dla ozdoby. Dla pocieszenia oczu, dla poprawienia humoru, żeby ładniej wyglądało. "Żeby się do nich uśmiechnąć"- jak mawia Tomka Mama. Idę pod górę, żeby zobaczyć skąd dochodzi odgłos traktorów. Naprzemienny. Jeden przestaje, inny zaczyna i tak w kółko. Po drodze jak zwykle znajduję dwie czterolistne koniczyny. Już ich nawet nie zbieram. Zrywam, chowam do kieszeni i jak zwykle o nich zapominam. Dziś wykopki. Aruś maszeruje po polu z Dziadkami, Tatą i wujkiem. Słońce świeci niemiłosiernie. Grzeje jak oszalałe. Siadam za stodołą, koło folii gdzie zostało jeszcze trochę papryki. Siadam na plastikowej paczce. Opieram się i czuję zapach- zapach świeżo odkopanej, mokrej ziemi, chryzantem i trawy. Do tego słońce tak mocno wszystko ogrzewa...Wdycham powietrze, jakże inne od tego w Krakowie. Aruś już na traktorze z Dziadkiem. Totalny relaks. Może się zdrzemnę. I w tym momencie zaczyna się taniec brzucha. Dzidziuś wariuje. Czyżby też szczęśliwy...? Podnoszę koszulkę, żeby dostał choć trochę tego ostatniego słońca. Matko! Co wyprawia! Pierwszy raz w tej ciąży tak intensywnie czuję Jego ruchy. Jest mi tak błogo, że nie ruszam nawet koniuszkiem palca. Za to co się dzieje w moim brzuchu...! Oddaję się tej chwili. Trwam. Niech ten czas się zatrzyma. Nie chcę do Krakowa. Nie chcę wracać. Chcę, żeby świeciło słońce i żeby było słychać tylko dalekie odgłosy traktorów. I nic więcej. Chcę wdychać to powietrze. Nagle słychać Arusia. Mamo! Patrz! Patrz Mamo, jaki ziemniak! No rzeczywiście, niezły okaz...To dla mnie? Dziękuję. I biegnie dalej do Dziadka. Po drodze się przewraca. Tak mu się to podoba, że przewraca się znowu. A co jak będę brudny?! Nic! Aruś, możesz brudzić się do woli! Zatem znów się przewraca. Wrzuca ziemniaki do wiaderka. Układa ziemniaki w skrzynkach, żeby było równo. Mamo! Patrz! Motyl! Siedzi na kwiatuszku! Mamo! Dziadek ma trakoja! Trakoj sypie ziemię! Mamo, biegamy! O nie. Wołami mnie nie ruszą. Dzidziuś szaleje, Aruś szaleje. Słyszę żarty Tomka z Mamą. Jak zwykle upomina Ją, żeby nie robiła 10 rzeczy na raz. I zarzeka się, że ostatni raz jest z Nią w parze. Boże, obydwoje siebie warci :) A ja urywam się na spacer i po drodze zjadam nieidealne jabłka, resztki malin, nieziemskie winogrona.  Tylko orzechów coś mniej. Nic mi więcej do szczęścia nie potrzeba...Zajadamy pyszności z grilla i moje ulubione kanapki czosnkowe. Wypala nam mordki, bo Ania czosnku nie żałowała. Obdarowani brokułami, kalafiorami, cebulą, ziemniakami, jajkami i marchewką, miodem- wracamy. Ja zrelaksowana, ale taka śpiąca, że po drodze głowa mi leci. Ja chcę takiego powietrza! Takiego zmieszanego! Następnym razem zakręcę trochę w słoiku i zabiorę. Aruś brudny, nie do poznania. Ale jaki szczęśliwy. Tomasz w dresach. Dresy w ziemi. Ziemia w samochodzie. Ale bosko. Kocham jesień. Kocham tę piękną polską jesień na wsi. Że też czasu nie da się zatrzymać...









środa, 8 października 2014

Co w ciąży słychać...?

Właśnie trwa. 30 tydzień mojej drugiej ciąży. Nie mogę w to uwierzyć. Czas leci tak szybko, czasem wręcz za szybko. Nie mam czasu skupić się na ciąży, tak jak to było za pierwszym razem. Ruchy dziecka są mniej odczuwalne i zmęczenie również. Żadnych dolegliwości, absolutnie żadnych nie stwierdzam. Aruś zajmuje prawie cały mój czas. Mam wyrzuty sumienia, że nie rozmawiam z brzuszkiem, nie relaksuję się odpowiednio...W ciągu dnia Aruś zadaje 100 pytań, na które muszę udzielić odpowiedzi i to nie byle jakiej, o nie...! Całe szczęście, że przez 4 godziny w ciągu dnia Aruś zadaje te pytania w żłobku :) Jestem zatem w części odciążona. Samopoczucie mi sprzyja, nie sądziłam, że drugą ciążę zniosę lepiej jak pierwszą. Wiem, jeszcze nie ma co zapeszać, ale jest naprawdę super. Czasem tylko zapominam i za szybko rano wstaję z łóżka. A teraz coś dla tych, którzy twierdzą, że jak przysłowiowa matka siedzi w domu, to nic nie robi, a więc:
- 7.20 pobudka moja i Arusia, włączamy Trakoja Toma, Strażaka Samego lub ostatni hit, którymi są rosyjskie bajki typu Multik Raskraska, czyżby zamiłowanie po Mamusi do rosyjskiego?
- szybka toaleta i make up, ograniczony, ale zawsze jakiś musi być
- 8.00 ogarniam Arusia, Jego toaleta poranna, ubieranie, kakao, pakowanie plecaka, bo musi w tym uczestniczyć
- 8.25 wychodzimy do Żłobka (rzecz jasna do przedszkola, bo Aruś chce być w przedszkolu, a nie w żłobku! Boże Broń!)
- 8.30 wracam. Zbieram wieczne pranie z suszarki, składam, paruję, upycham do półek, ogarniam mieszkanie łącznie z podłogą, wietrzę pościel itd. itp. Robię sobie śniadanie i koniecznie kawę inkę w tej ciąży. Połykam 6 tabletek. Od razu przygotowuję owoce, które zjadam po śniadaniu, ewentualnie orzechy laskowe, pistacje, migdały i takie tam do chrupania. Ostatnio dołączyłam też jogurt. Jem w spokoju. Sama. Ewentualnie z facebookiem, lecz najczęściej z włączoną ulubioną muzyką. Opróżniam zmywarkę, ładuję następne naczynia. Załączam zmywarkę i ....pralkę. Generalnie pranie to jak mycie zębów. Co będzie przy dwójce dzieci? Oby mi było dane wkrótce się przekonać :) Sprzątam łazienkę po porannych czynnościach Arusia (Mama! Ja sam! Łącznie z tym, że musi się rano zważyć. Odgapia ode mnie). Zajmuje mi to jakieś 1,5 godziny.
- 10.00 Przygotowuję obiad. Obiad musi być. Zdrowe odżywianie się, zwłaszcza w ciąży to podstawa. Czasem przygotowuję osobny obiad dla mojego T., który ostatnio przywiązuje dużą uwagę do tego, co je. A, że kobieta w ciąży ma swoje zachcianki, to gotujemy nieco więcej. Wyciągam pranie i wieszam. Wyłączam zmywarkę. Sprzątam po gotowaniu. Siadam. Chwila dla siebie, trwa zwykle nie dłużej niż 20-30 minut, chyba że obiad bardziej wymagający, bo czasochłonny to nie mam jej w ogóle. Przecież była, jak jadłam śniadanie!
-12.20 wychodzę po Arusia,
12.40 wychodzimy ze Żłobka i idziemy na plac zabaw. (Tędy Mamo, tędy idziemy! Mikołaj też idzie! Mamo, Mikołaj ma wózek! Ja też chcę wózek! Mamo! Siadłem na Dzidzię! CO? Siadłeś na Dzidzię? Aruś, nie wolno siadać na Dzidziusiach, bo zrobisz im krzywdę! Mamo, ja siadałem! Aruś, ale tak nie można itd...itd... Mamo! Leci listek! A Ty listku! Mamo ces listek? Mamo! Kamycki! Ces Mamo kamycka? Mamo! Patrz honda civik! A czyja? Jakiegoś Pana, albo Pani, mówiłam Ci. Mamo, cejwona? Tak, czerwona. Mamo, chcę uchu! Mamo, a wies Tymek nie jadł obiadu! Aruś chodź, chciałeś się huśtać. Mamo, idziemy na pacejek! Ja chce na pacejek! Mamo, Mikołaj jobi uchu! Ja tes sce! Dobrze, idziemy się huśtać.
- Docieramy na plac zabaw, w toku i natłoku zdań. Z placu schodzimy ok. 13.20.
- Mamooooo, nie sce spać! Arusiu, jesteś zmęczony, nie ma już dzieci, Mikołaj też poszedł, idziemy.
- 13.30- jesteśmy w domu. Toaleta Arusia, picie, siku, picie, siku, picie, siku....pisać dalej?
- 13.40- Aruś ŚPI.
- 13.40 jem pierwszą porcję obiadu. Dużo piję. Bardzo dużo, z uwagi na nerki, które dokuczały mi w pierwszej ciąży.
- 14.00 za godzinę Aruś wstanie. Siadam na sofie i ucinam sobie drzemkę, ale przed tym nastawiam zegarek, żeby nie być nemo jak się pierwszy obudzi.
- 14.50 otwieram oczy. Powieki ciężkie, ważą 100 kg. Błoga cisza, chyba, że dzieci sąsiadów hałasują w ogródkach.
- 15.00 /mniej więcej/ Aruś się budzi. Mamo, Mamusiu, mogę iść? Mamusiujo! Mamuńciusiuniu (Skąd On to wymyśla?!) Idę Arusiuniu!
- 15.15 ubieram Arusia, dojada sobie drugi obiad. A również z nim jem, drugą małą porcję. Bawimy się, czytamy, oglądamy bajki, układamy puzzle. Aruś wysypuje z pudeł wszystko co może. Mamo! Ale ja muse! Jobie gajaz! (Robi garaż). Albo gotuje. Nie przestaje mówić ani na chwilę. Łącznie z tym, co chcę zjeść, co chcę pić, czy zjadłam, czy wypiłam. Tuli Dudusia i mówi: Bądź grzeczny, to pojedziemy nad morze. Aruś! Już byliśmy nad morzem! Ale pojedziemy jesce! Aruś, pojedziemy, ale już byliśmy. Powiedz Dudusiowi, że czekasz na niego, że chcesz się z nim bawić! Aruś: wstawaj Dudusiu! Dam Ci auto!
- 16.00 albo idziemy na plac zabaw, póki pogoda sprzyja, albo siedzimy na balkonie i opowiadamy, co widzimy.
- 17.30, 18.00 lub 18.30 Tomasz dociera do domu. Odbiera telefony, je z Arusiem na kolanach. Aruś ciągnie Go wszędzie, gdzie może. Opowiada co w żłobku. "I był kompot". "Mam w bidonie" "Asia dała mi".
- 16.30 przygotowuję Arusiowi kisiel, jogurt, budyń lub owoce w zależności od tego co jadł dzień wcześniej.
- Po obiedzie i z rozrzuconymi zabawkami nie da się przejść. Sprzątam. Aruś wyciąga znowu. Ja upycham. Tomasz mówi: po co? Zaczynam się irytować. Sama nie wiem czemu. Dzień jak co dzień.
- Omawiamy, w miarę możliwości co w firmie. Spotkania, zlecenia, co się podobało klientom, a co nie. Ustalamy, co trzeba robić. Przerywamy. Aruś przebija się głosem, bo: "Tatoooo! Baw się!" Mamo: "Nie patrz", albo Mamo: "Patrz!"
- 19.00 nie wierzę. Sprzątam. Przygotowuję kolację. Tomasz przygotowuje sobie trzy posiłki na następny dzień. Arek ogląda bajki.
- 19.30 idą się kąpać. Włączam sobie coś spokojnego. Piję. Dużo piję. Połykam 4 tabletki. Przypominam sobie, że jestem w ciąży.
- 20.00 kolacja, kakao, czytanie rzepki, lokomotywy, żyrafy, Hilarego, abecadła, murzynka Bambo i... trwało by to bez końca.
- ok. 21.00 Aruś idzie spać.
Siku, przykryj mnie Tato, pić Tato- chcę wooooody! Tatuńciu! Tatusiu! Taaaaatoooo! Wody chcę! chcę sikuuuu! Tato ja chcę........... kupkę!
- 21.20. Aruś śpi. Oglądamy "Na wspólnej" nudne jak flaki z olejem. Gadamy z godzinę, zanim zorientujemy się która godzina. Sprawy nasze, firmowe, Arusiowe, żłobkowe i wiele wiele innych. Jak rozmawiamy, to tracimy poczucie czasu.
- 23.00 kąpiel i spanko.
Tomasz- pobudka o 6.30, Ja 7.20 i kolejny dzień przed nami.
Jakby co, to ja tylko siedzę w domu.
 Decyzja o posiadaniu Dzieci była najlepszą w życiu. Czasem kocham to zamieszanie :)

poniedziałek, 6 października 2014

Ona cz. IV

Kiedyś przy Niej zaniemówił
i w połowie uciął zdanie,
zrzucił winę na rajstopy i ubranie.
Wtedy
był naprawdę blisko...
co do głowy znów Mu przyszło?
Nie,
nie chciała spojrzeć w oczy Jego
w te niebieskie,
przecież one wszystko wiedzą...
i ukradkiem wzrokiem
po Nim
gdzieś przemknęła.
Nie wierzyła,
Pewnie zmyśla.
Z tego komplementowania
znów się lekko uśmiechnęła
i do końca dnia świadoma,
ale nadal nie wierząca
unikała Go bez końca.
Doskonale się tym bawił.
Komplementy wciąż o ustach
Jej
czerwonych
teraz prawił.
Patrzył jak je malowała,
nie chciał, żeby przestawała.
Trzymał dystans jak przystało.
Nieruchome Jego ciało,
za to słowa
tak!
Ruchliwe,
idealne,
 pieszczotliwe
odbijały się od ściany,
ależ był uradowany!
U Niej zaś odwrotnie było.

Nie raz ciało Ją zdradziło.
Za to słowa
pomyślane-
nigdy nie wypowiedziane.

Tak Im zatem dni mijały.
Słowa w uszach Jej dźwięczały,
nawet w nocy się z Niej śmiały
oddech potrafiły zmienić
lecz nie chciała ich docenić
i nic z nimi nie zrobiła.
Swoje myśli
swoje słowa
głębiej skryła.
I wiedziała.
On.
Pewnego dnia przestanie
i nie zwróci już uwagi
ni na usta, ni ubranie.

Młoda
Głupia
Niedojrzała-
zatem ma to,
czego chciała.

sobota, 4 października 2014

Dzień 1 X zapamiętamy na długo...

Umówiliśmy spotkanie
na umowy podpisanie,
no i Mamcia się wybrała
lecz dowodu zapomniała.

A notariusz jak notariusz
już zapisał swój scenariusz,
bez dowodu ani rusz,
dowód musi być i już!

Trzeba wracać do Krakowa,
mogła wcześniej myśleć głowa...
Wpierw Arusia podrzucamy
i z placyku wyjeżdżamy,

nagle słychać wielkie buch!!!
Auta zatrzymany ruch.
Ruch wręcz uniemożliwiony-
prawy-tylni uszkodzony.

Biedne nasze BMW.
Trzeba w oczy spojrzeć złu.
Wróciliśmy po mój dowód-
był to najważniejszy powód.

Tomasz biegnie przez ulicę.
Nie. Policja. Dobrze widzę.
Mandat. W sumie zasłużony.
Tomasz Mój- oszołomiony.

Co się dzisiaj jeszcze stanie?
Co październik ma w swym planie?
Choć umowa podpisana
(działka nasza zaklepana),

to męczący był to dzień.
Niech ten dzień już skończy się!
Nagle Aruś wymiotuje...
i wyraźnie źle się czuje...

Noc. Nie wspomnę o czuwaniu,
o na przemian naszym spaniu...
A to tylko jeden dzień.
Nic. Już nic nie zdziwi mnie.