wtorek, 22 grudnia 2015

Ani mroźno... ani zimno...:-)

Są kałuże
nie ma śniegu
na spokojnie
i nie w biegu
dla odmiany...
takie święta
przeżywamy!

Prawie żeśmy
spakowani
i ogromnie
podekscytowani
inne święta
mieć będziemy...
i przed siebie
z dziećmi jedziemy...!

A tak poza tym, to jestem w trakcie ogarniania siebie, czyli paznokcie, włosy i wszelkie zabiegi, na które zwykle nie mam czasu...popijam lampkę wina, gotuję kurczaka z cukinią i miodem i zaczynam upychać to, co przygotowane na wyjazd. Ominęło nas w tym roku całe zamieszanie przedświąteczne, korki z tym związane, zakupy itd. Choinka w domu ubrana, o taka:

Bo choinka być musi. Cieszę się na ten wyjazd. Nie będzie nas ponad tydzień, bo wracamy dopiero po Sylwestrze. Zabieram zatem sukienkę, szpilki i wiecie, wszystko to, bez czego kobieta nie może się obyć na wyjeździe. Spakować całą naszą czwórkę to nie lada wyzwanie powiem szczerze. Jest tego duuużo... Ale spokój jest mi bardzo potrzebny. Chcę odpocząć, choć przy chodzącym i wariującym Tymku hmmm...nie wiem czy będzie to możliwe. Potrzebuję jednak zmiany otoczenia. Będzie tam dla nas wszystko gotowe. Ach! Oby było nam dane dojechać szczęśliwie :)
A Wam Kochani życzę wszystkiego dobrego z okazji Świąt Bożego Narodzenia. Przeżyjcie te Święta według Waszego uznania, pamiętajcie, że Nowy Rok będzie taki, jak Święta- zatem przeżywajcie całym sobą, bo drugi taki rok już nie powróci...! Pozdrawiam serdecznie i znikam!
Do Siego Roku!
AnciaMamcia.

wtorek, 8 grudnia 2015

Mikołaj szaleje!

Jak to jest, że z dnia na dzień przybywa w naszym małym mieszkanku tle rzeczy? A no tak, że raz do roku przychodzi do dzieci Mikołaj. Raz do roku dzieci mają urodziny. Raz do roku są święta Bożego Narodzenia. Raz do roku jest Dzień Dziecka i wiele wiele innych "raz do roku"... Pomimo odgruzowania mieszkania, gdzie chwaliłam się tym w poprzednich postach, znów u nas robi się ciaśniej. W tym roku Mikołaj delikatnie mówiąc nas "rozpieścił". Do tego stopnia, że prezenty które przyniósł zostały podzielone na dwa dni, a nawet trzy, bo dziś z kolei Mikołaj przychodzi w przedszkolu u Arusia. Prezenty wrzucił przez komin oraz zostawił je dwa razy na balkonie! Zatem chłopcy zebrali całą masę pięknych prezentów i cieszą się z nich , że hej! Monster truck, sterowane BMW, tor samochodowy, pociąg Tomek z kolejką, wąż do spania, czapki i wieeele wiele innych fantastycznych prezentów czeka, żeby się nimi bawić, ale również czeka na to, żeby znaleźć swoje miejsce na półce. Tak, bo u nas każda zabawka ma swoje miejsce. Trzeba teraz wygospodarować miejsce dla nowych zabawek, ale trzeba zastanowić się, z jakich zabawek chłopcy już nie korzystają i zrobić z nich kolejną wyprzedaż. To jedyne wyjście, chcąc przechowywać zabawki w jednym tylko domu. Opłacało się piec pyszne pierniki dla Mikołaja :) A dziś mój Zdolniacha (bo tak został nazwany przez panią Wychowawczynię z przedszkola) przywita się z Mikołajem w przedszkolu, ale o tym jaki Aruś mądry będzie w innym poście :) Wziął dziś ze sobą czapkę Mikołaja, założył koszulę w kratkę i dżinsy. To mój starszy dzielny Syn. Ach!!! Jaki On już duuuży!!!


I o mnie Mikołaj nie zapomniał, bo przyniósł prezent, który nie nadaje się do publicznego pokazania, ale przyniósł również piękny kubek, z motywem lawendy, rumianku, róż... herbata miętowa smakuje w nim wyjątkowo...:)

P.S. Aruś wrócił zachwycony. Prezent od Mikołaja dostał, ale co najważniejsze- siedział na kolanach u samego MIKOŁAJA!!! Dziś na warsztatach kulinarnych robili naleśniki z marmoladką, serkiem i nutellą i "wszystkie mi mamo smakowały! I dziś wszystko się działo na raz Mamooo!"

piątek, 27 listopada 2015

Św. Mikołaju przybywaj!

Tak już będzie. Rok po roku będziemy powtarzali pewne czynności razem z Chłopcami. Tym razem mowa o zbliżającym się okresie świątecznym, a wiadomo, że przed nim najpierw wszystkie dzieci czekają cierpliwie (lub mniej cierpliwie) na prezenty od Św. Mikołaja. W tym roku Aruś wynagrodził nam robienie pierniczków, bo w zeszłym roku to działo się :) Ale tym razem był tak zaangażowany w robienie pierników, że mało nie padłam z wrażenia. Dobrą decyzją było zapisanie Arka na zajęcia kulinarne, bo przewodził w wypiekach, że hej! Powstały przepyszne pierniczki. Tomasz dzielnie ratował ciasto, które w tym roku okazało się być trochę twarde :) Zrobiłam dodatkowy lukier i kupiłam kolorowe kuleczki. Mikołajowi również smakowały, choć zostawił pół ciasteczka, bo pewnie się najadł. Nie dopił też kakao i Aruś stwierdził, że "mądry ten Mikołaj, bo się ze mną dzieli". No, fakt- mądry :))) List napisany (mały akcent od Tymusia również został w liście umieszczony), wysłany, znaczki przyklejone więc czekamy. Reszta pierników schowana do pudełek. Czy czekają? Hmmm... Aruś trochę podjada :)























































Byliśmy z Tymkiem na spacerze. Oto, co wyrosło w fajnodomowym parku:





















Pogoda zmieniła się nieco. Jest sporo chłodniej. Mówiłam już, że coraz bardziej odpowiada mi chłód? Chłód, ale nie zimno...ehhh jakoś trzeba przetrwać zimę. Strop zalany, parter zatem stoi sobie. Cieszę się z tego niesamowicie. Ale o moim stanie duchowym i emocjonalnym tym razem ani słowa. Czekam na lepszy dzień...albo chociaż babski wieczór!


poniedziałek, 16 listopada 2015

11 miesiąc Dudka-Putka

Powracając z Kielecczyzny
z Matki Browar Ojcowizny
przejedzeni, wypoczęci,
by zostało zaś w pamięci:

tysiąc harców o poranku
i herbaty litry w dzbanku,
sporo kroków przemierzonych
oraz czipsów nasączonych
sosem, winem, śmiechem głośnym
jednym małym żartem sprośnym,
wzrok ucieszył się z obrazków
i miejscowych wynalazków
z towarzystwa przemiłego,
z zamieszania niejednego
warto czasem się oderwać
tydzień monotonny przerwać...
warto było mieć poduchę
co mnie kryła razem z uchem,
warto było mieć kielonek
co umilił głośny dzionek,
warto było zagrać w szachy,
ubaw z Mężów był po pachy...
co do Dudka-Putka mego,
to wariował na całego,
warto było porozmawiać
i za stołem tak rozprawiać
było z Kim i było o czym.
Życie miło nam się toczy.
A tu kwartet nasz w kąpieli,
Zgodnie Tymka przygarnęli :)

anciamamcia.blogspot.com

środa, 14 października 2015

Coś dla stóp

Chcę podzielić się z Wani moją opinią na temat maski co stóp, którą zakupiłam w biedronce za ok. 15 zł. Chciałam spróbować czegoś nowego i jak zobaczyłam tę maskę, to pomyślałam, że może spróbuję. Przyniosłam do domu, odczekała swoje i wre wczoraj znalazłam czas, by ją rozpakować i wreszcie użyć. Otóż:
najpierw trzeba dokładnie umyć i osuszyć stopy. Rozcinamy opakowanie i wyciągamy z saszetki dwa foliowe buty z wkładkami zapachowymi w środku. Stopy wkładamy do środka i otulamy je "foliową skarpetką" i na wierzch zakładamy bawełniane skarpety, które przytrzymają folię we właściwym miejscu. Efekt i wrażenia?
Powiem szczerze, że nigdy nie przypuszczałabym, że to jest tak mega nawilżający zabieg! Po lecie moje stopy były lekko suche na piętach, a teraz?! Aksamit! Bardzo polecam tego rodzaju maseczki i uważam, że w porównaniu z tymi tradycyjnymi nie mają żadnych szans. Skarpety trzymamy na stopach godzinę zegarową. W trakcie odczuwałam najpierw chłód, a potem ciepło. Bardzo przyjemne odczucie o zapachu eukaliptusowym. Po wyciągnięciu stóp, wcieramy pozostałości w skórę i czekamy, aż się wchłonie. Cóż, powiem tyle, że mam dziś na stopach bawełniane skarpetki, w których się ślizgam jak wariatka, bo mam tak łagodne stópki. Bez żadnego ścierania (które jest cholernie niezdrowe, bo naskórek narasta nierówno i rogowacieje!), bez wysiłku mam dziś stópki jak niemowlak! Na opakowaniu pisze również, że efekt złuszczania następuje samoistnie po 4-5 dniach, tyle że u mnie złuszczać nie ma co, ale może i Wam pomoże taki specyfik! Polecam.

poniedziałek, 12 października 2015

Formułka na nerwa nr 36

Ups to teraz się podziało,
śniegiem wszędzie posypało
i zrobiło się ponuro.
Chmura mknie za drugą chmurą.
Tak się aura zeszpeciła
wszystko wkoło ochłodziła,
a pan Nerw nie zauważył
i wypadek się przydarzył.
Rano zbierał się jak zwykle
i minuty rankiem nikłe,
bo za szybko uciekały
tak Mu na złość wyprawiały.
Jest i On- odpicowany.
Stoi boski Pan-nad-Pany.
Myśli, że Mu się udało,
że mu minut w czort zostało
a tu dupa. Do widzenia.
Nie spasował ni odzienia,
nie spasował też obuwia
ale idzie krokiem żółwia
i coś grzebie w swojej torbie
tak jak Grek początkiem w zorbie,
ślamazarnie, choć do taktu
i nie widzi wkoło traktu.
Idzie, stąpa nań odważnie,
choć mu kinol nieźle marznie
to jak zwykle nieświadomy
Finał prawie już wiadomy.
Jak nie piz...e jaki długi
łbem zawadził o framugi,
o drzwi stare na przedmieściu.
Że też stare drzwi zbezcześcił!
O Ty łajzo! Ty Ofermo!
Niech pochłonie Cię Inferno!
Szkoda drzwi i tej framugi!
Wstawaj Faflu, boś za długi!
Patrz pod nogi Ty Pieronie!
Patrz pod nogi, nie na dłonie!
Tamte i tak do krwi zdarte!
Ryło też jest nic nie warte!
A coś myślał?! Czegoś szukał-
Żeś kopytem czarnym frukał?
Ot, kolejna jest nauczka.
To nie ja. To śniegu sztuczka.
Do mnie nie miej ni pretensji
ani żalu. Innej wersji
nie wymyślę. Nic nie zmienię.
Wszystko winne Twe odzienie.
Zbieraj gnaty Patafianie,
bo zrymuję jeszcze lanie!


wtorek, 29 września 2015

Makaron z papryczką jalapeno

Od kilku dni, a może nawet kilkunastu "chodził" taak, dosłownie chodził za mną makaron na ostro.
I stało się. Dziś na obiad wsuwam, że aż mi się uszy trzęsą :) Podaję przepis:

3 plastry szynki parmeńskiej
ząbek czosnku
1 cebula
świeże liście bazylii
połówka papryczki jalapeno
makaron
masło klarowane
kilka łyżek śmietanki 30%
parmezan (do posypania)

Papryczkę kroimy wzdłuż, wydrążamy środek i ścieramy na tarce (na bardzo drobno!) Kroimy cebulę w kostkę, szynkę parmeńską również. Na głębokiej patelni rozgrzewamy masło klarowane i szklimy cebulę razem z papryczką, potem dodajemy szynkę, żeby się pomarszczyła. (ja nie smażę jej mocno) i na końcu dodajemy przeciśnięty czosnek. Mieszamy. Odstawiamy, dodajemy świeże liście bazylii. W międzyczasie gotujemy makaron (u mnie muszle -al'dente). 
Makaron odcedzamy, przerzucamy na patelnię i polewamy kilkoma łyżkami śmietanki 30%. Podgrzewamy, mieszamy, żeby śmietanka się lekko ścięła i gotowe! Do smaku posypujemy parmezanem i obiad w 15 minut gotowy :D I rozgrzewa w te wiejące chłodem dni.

Smacznego Kochani!

anciamamcia.blogspot.com

anciamamcia.blogspot.com

anciamamcia.blogspot.com

wtorek, 8 września 2015

Do O...#12

Zawsze jadłeś idealnie
jak przystało
zawsze równo, po kolei
lecz się stało.
Stało się i tak już będzie
życia mało

Choć nie jedno słowo Tobie
się wyrwało
Teraz Tobie moje słowo
się wyrywa
To ten moment kiedy serce
chce wygrywać
Zanim rozum znowu pojmie
co się stało
to za późno.
Znów kolejne słowo
się wyrwało.
Ale powiem Ci,
że czasem nie pamiętam...
zapominam, bardzo jestem
tu zajęta.
I zaciera się Twój obraz
mimochodem.
Znów...kolejny rok.
Znów wieje chłodem...

wtorek, 25 sierpnia 2015

Nostalgicznie

Szumią liście,
szumią drzewa
wiatr tak głośno swą melodię śpiewa...

Lecą krople
tak swobodnie
chłodno, chłodniej, jeszcze chłodniej...

Chłód nie straszny,
bo za oknem,
to na dworze i w tym chłodzie wszystko moknie...

czwartek, 20 sierpnia 2015

Sałatka z wędzonym łososiem

Dziś takie śniadanko sobie zrobiłam:


Choć sałatka może wydać się nieco dziwna na śniadanie, to mnie właśnie naszła na nią ochota.
Składniki:
wędzony łosoś
rukola
utarty ser cheddar
rozgnieciony ząbek czosnku
prażone ziarna słonecznika
3 kromki z bagietki z utartym i zapieczonym serem cheddar
sos- ja używam zalewy z ziołami z suszonych pomidorów i mieszam z czosnkiem, bo lubię pikantne potrawy :)

Bardzo Wam polecam, a do picia na rozgrzewkę sos pomidorowy z pieprzem. Mniam. Wszystko mniam.
Energia nadal mnie nie opuszcza. Oby trwała we mnie jak najdłużej. Pogoda nieco zelżała pod względem upałów i przyznaję, że potrzebowałam tego świeżego oddechu powietrza. Podwiewa wiatr, a to jest to co lubię. Na spacerach szarpie włosy i tworzy niezły misz-masz na głowie. Naprawdę lubię taką pogodę. Jest rześko. Jest zdrowo! Spacerowanie jest najbardziej przyjemne- lepsze być już chyba nie może. Tymuś lubi siedzieć w wózku i oglądać sobie wszystko. Cieszy mnie to, że mogę tego doświadczać. Mam świadomość, że być może to ostatnie lato w takim wydaniu. Czasem tylko chciałabym mieć chwilę tylko dla siebie...
p.s. jest i obiad :)
Makaron ze szpinakiem i bazylią.




piątek, 24 lipca 2015

Policjanci z jajami

Och! Co za spontan, co za atrakcja
wczoraj się w parku zdarzyła,
zatem na blogu tu informacja-
Policja nas odwiedziła.
Gdzie? Na osiedlu
fajnodomowym,
przy wodzie, czipsach i piwie.
Ktoś oknem trzaskał
i błyski puszczał,
podglądał nas obrzydliwie.
Najpierw Ochroniarz
ręce rozkładał
i tuptał z nogi na nogę,
pewnie pomyślał:
sześć dziewcząt siedzi
grzecznie na kocu,
nic zrobić więcej nie mogę!
Znów Go wezwali
więc znów przychodzi
i mówi do nas półszeptem:
"grzecznie siedzicie,
lecz znów telefon.
Ostatni raz już przyszedłem,
Sąsiad uparty do nas wydzwania
i teraz Policję wzywa".
A to niech dzwoni, my na kocyku
chować nie będziem piwa!
Bo my u siebie i w naszym parku
chciałyśmy sobie pogadać
i na spokojnie każda w swe usta
czipsa zaczęła wkładać.
Minęła chwila. Ktoś tu nadciąga.
Jest sąsiad i jest sąsiadka.
Oni dzwonili, bo im przeszkadza,
że z matką spotyka się matka.
I grzecznie zatem informujemy,
że jest po jedenastej,
że my siedzieć tu nadal będziemy
lato jest do jasnej, ciasnej...
Foch i obraza. No cóż poradzić.
Piwo i czipsy legalne
i zachowanie nasze aż nader
było w tym dniu kulturalne.
Chcieli skorzystać z naszych komórek,
czy swoich w nerwach nie wzięli?
CO?! Padły nam nasze komórki
więc pecha znów będą mieli.
Zapytałyśmy ich na odchodne:
"to co, mamy dzwonić na siebie?" :P
"Mamy to zgłosić? i tym podobne...
idźcie już, idźcie już lepiej...
Pan się ubierze, bo na wpół goły
mowę Pan do nas wygłasza!
Może to zgłosić? Że rozebrany?
Bo nas to bardzo obraża...!
Pani sąsiadka blondplatynowa,
czemu się na nas tak wściekła?!
I po telefon z Panem Sąsiadem
tak bardzo szybko uciekła...
On nigdy nie pił? Ona nie jadła?
Nikt nigdy Ich nie zaprosił?
Żal d...ę ścisnął? Do licha, diabła
nigdy Ich śmiech nie tarmosił?!
W głowie się czasem
pomieścić nie chce,
że ludzie są tacy sztywni.
NIE MOJA WINA
NIE MÓJ INTERES,
ŻE LUDZIE NA ŚWIECIE DZIWNI.
Zatem nadjechał duuuuuży radiowóz,
a w środku dwóch Policjantów,
takich no wiecie- po kilku głębszych
można by wziąć za Amantów.
I wysiadają. Prężą swe klaty
na lewo w przód i na prawo,
my śmiech tłumimy jak małolaty.
I Radna z nami jest. Brawo.
Prawie wszystkie żeśmy mamuśki,
do koca tak przyklejone,
woda i czipsy, piwo na środku-
teraz już mało schłodzone...
Patrzą tak na nas, na nasze miny
i lekko się podśmiechują
i myślą: Co my tu k.... dzisiaj robimy?
A jak tak gdzieś...torturują?
A jak gdzieś kradną,
Bóg wie co jeszcze?
A tu matule spisywać...
Cóż, my cichutko i na kocyku,
zaczęli nam przytakiwać.
Nawet kajdanki mieli podobno,
wszystko nam powiedzieli,
my z radiowozem razem na zdjęciu-
nic z naprzeciwka nie mieli...!
jakbyśmy chciały- dziś też możemy
spotkać się na kocyku.
Dyżur znów mają nasi Panowie,
znów z nimi śmiechu bez liku...
Jak będę chciała, będę tam siedzieć
i piwko będę tam piła.
Z tym towarzystwem nikt mnie nie zgarnie,
bo w kupie zawsze jest siła !!!

środa, 15 lipca 2015

Siódmy nastał miesiąc :)

Z wiadomością znów się spiesząc
mówię: siódmy nastał miesiąc,
po raz siódmy jest piętnasty.
Kto świętuje? Tymoniasty!

środa, 1 lipca 2015

Drugi ząb!

Żeby większy był ambaras,
to dwa ząbki idą na raz!
I huśtawki poszły w ruch...
Jeden Zuch i drugi Zuch :)

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Na dzień mamy/na dzień taty

Przedszkolaki nauczone,
serca pięknie utworzone,
Paniom bardzo tu dziękuję
i z serduszek się raduję :)














Cudowności na dzień matki,
tu serduszka, żywe kwiatki
i wręczone przez Arusia
(nauczony przez Tatusia)

mówi mi do ucha szeptem:
"Prosę, to dla Ciebie Mamo"
Nigdy się tak nie poczułam przedtem.

Mój Przedszkolak najdzielniejszy.
Prezent też najcudowniejszy.
Pękam z dumy po raz enty.
Kto by nie był wniebowzięty?!


***

Na dzień Taty zrobiliśmy z Arusiem medal dla Taty. Aruś sam wszystko przykleił i wręczając powiedział Tomaszowi na ucho: "Kocham Cię Tato". Speszony ze schowaną głową dał medal Tacie Tomaszowi oraz kubek- puszkę na kawkę do pracy, żeby mógł ją zabrać do samochodu:

źródło: internet
















Prawda, że fajowy???


piątek, 17 kwietnia 2015

ROBBIE DOBRZE ROBI !!!!!!

To już dziś! Dziś wieczorem odbędzie się w Krakowie koncert Robbiego Williamsa. Ile to już lat słucham Jego piosenek...? Och, ale się cieszę!!! Usiedzieć nie mogę, spać w nocy też :) Wiem, że będzie cudownie i że Robbie da z siebie wszystko!!! Ale mi serducho stuka :D :D :D  Roznosi mnie dziś! Roznosi!!! Już słyszę pierwsze dźwięki!!! Juuuuuupiiiiiii!!! Miłego weekendu dla Was :)

piątek, 3 kwietnia 2015

Moja sałatka na Wielkanoc

Kochani,
na samym początku życzę Wam wesołych, radosnych i rodzinnych Świąt Wielkiej Nocy. Pogoda w tym roku nie sprzyja, za to niech nastroje będą pozytywne. Zwolnijcie na chwilkę, poświętujcie z najbliższymi, naładujcie akumulatory, żeby potem powrócić ze zdwojoną siłą i energią :)))) Tego Wam drodzy Czytelnicy życzę,





















a poniżej podaję Przepis na sałatkę.
Jest idealna na Wielkanoc, bo kolorowa, na ostro i z chrzanem.


1 podwójny filet z kurczaka
2 woreczki białego ryżu
pęczek rzodkiewek
2 ogórki świeże duże (lub 3 małe)
rzeżucha lub posiekana bardzo drobno natka pietruszki (opcjonalnie)
kurkuma
chrzan ze słoika
majonez lub jogurt naturalny
sól
pieprz

Fileta należy ugotować w ulubionych przyprawach np. suszony czosnek, papryka, przyprawa do kurczaka lub w kostce rosołowej (najlepiej naturalnej!), następnie pokroić go w małą kostkę. Gotujemy ryż w kurkumie, żeby nabrał ładnego koloru. Ryż ma być aldente! Następnie kroimy rzodkiewkę i świeżego ogórka (również w kostkę). Wszystko razem łączymy. Ja używam majonezu, ale wiem, że są tutaj zwolennicy i zwolenniczki jogurtu naturalnego- więc jak kto woli :) Po połączeniu składników dodajemy pieprz i ewentualnie sól. Odstawiamy, żeby się  "przegryzło". I na sam koniec dodajemy chrzan, tyle ile uważacie. Sałatka ma być pikantna i kolorowa, dlatego można dosypać natkę pietruszki lub rzeżuchę. Jest naprawdę przepyszna. Bardzo Wam polecam na Święta.

piątek, 20 marca 2015

Kasza gryczana z warzywami

Mam chwilowy przesyt wszelakiego mięsa i sosów mu towarzyszących. Szukałam inspiracji na obiad, ale nic ciekawego nie znalazłam, więc postanowiłam przyrządzić kaszę w sposób nieco inny. Najpierw należy ją zrumienić z oliwą (max 2 łyżki oliwy na 2 woreczki kaszy), a potem podgotować w bulionie. Najlepiej, żeby bulion był naturalny. Danie zapewniam będzie Wam smakować, będzie zdrowe i lekkie- w sam raz na piątek- a zatem do dzieła!

Myśli tak w mojej głowie fruwały,
oczy w laptopa patrzyły-
wreszcie przepis znów doskonały
moje komórki stworzyły.
Kasza gryczana wpierw przepłukana
siup na patelnię wędruje
i na oliwie w mig podsmażana,
czujesz już zapach jej? Czujesz?
Bulion- pół litra niech w garnku czeka,
kaszę przesypuj w naczynie
i gotuj wrzątek, uchyl nieco wieka
niech 9 minut upłynie.
Odcedź i zostaw gdzieś na półmisku,
a teraz zeszklij cebulę
(kasza z półmiskiem razem w uścisku)
i warzyw przygotuj górę.
U mnie marchewka, brokuł, kalafior-
takie tu opcje są moje,
wsyp do cebuli- niech się z nią tuli,
niech mają teraz za swoje!
Zmiękła już góra wielowarzywna?
To przypraw czosnkiem, papryką
i łyżkę miodu dodaj na koniec-
przysmaż i niechaj przestygną-
lecz nie za długo, niech odparuje
i sięgnij teraz po kaszę
i z górki na górę niech lecą chórem
niech wyją altem i basem!
Mieszaj- nie mieszaj rób jak uważasz,
tu daję Ci wolną rękę.
Zdjęcie załączam tutaj dla Ciebie,
Smacznego- tak na zachętę :)




















Kasza z bulionu razem z warzywem
to dla mnie pyszna odmiana,
kasza nie zawsze musi z mięsiwem
i sosem być obtaczana!

poniedziałek, 16 marca 2015

3 miesiąc Tymka

Cóż...śmiało mogę stwierdzić, że od dziś czuję, że nie jestem w domu sama lecz z Tymkiem. Jakby wiedział, że skończył się trzeci miesiąc odkąd pojawił się na świecie. Domaga się, żeby na niego patrzeć i się do niego uśmiechać. I od wczoraj, jak tylko wezmę go na ręce to nie chce puścić mojej bluzki! Nawet pojawia się podkówka, jak próbuję Go odłożyć! Wyraźnie nas woła i nie chce być sam w łóżeczku czy leżaczku-bujaczku i tylko patrzeć na zabawki... Jak tylko ktoś z nas podchodzi, to wita nas uśmiechem i nie ma zmiłuj się. Trzeba powoli angażować Go w nasze sprawy ot. np. przy stole. Pewnie za parę dni powróci z piwnicy krzesełko do jedzenia, z którego Aruś swego czasu korzystał. A plus naszego krzesełka jest taki, że dosunięte do stołu nadaje się dla takiego nawet Maluszka jak Tymuś, bo jest rozkładane aż do pozycji leżącej :) Zatem może pełnić funkcję leżaczka-bujaczka właśnie i w dodatku przy stole. I będziemy zasiadać we czwórkę!!! Ale się nas namnożyło :D A co potrafi nasz Tymek? Uderzać w zabawki, robić "dzióbek", gaworzyć- że hej ( gu, bu, ag i zaczyna piszczeć!) i pięknie się cieszyć na nasz widok właśnie. Trzyma głowę już całkiem nieźle. Na brzuszku leży, ale nie za długo- za to na mnie może leżeć ojjjj długo! Wygodniś :D Dziś zaczęliśmy korzystać z dużej butelki Dr Brown i smoczka nr 1 oraz ledwo ledwo, ale żeby zużyć kończymy pieluszki rozmiar 2 i przechodzimy na rozmiar 3. A za miesiąc zaczniemy wprowadzać jedzonko!!! Już za miesiąc :) I wtedy napewno będzie już z nami przy stole, choć znając siebie- zapewne za kilka dni przytaszczę to krzesło, bo doczekać się nie mogę tej chwili. Normalnie się cieszę jak wariat :D :D :D

piątek, 13 lutego 2015

Ona cz. VIII

Kilka lat później...



Przestrzeń ta, co licha była,
dzięki Niemu znów
ożyła
chociaż bardzo się starała
przestrzeń nic Jej nie słuchała

Zatem znów Go zobaczyła
szybkim ruchem wzrok spuściła
wzrok /choć inny miał kierunek/-
rozum prosił o ratunek

i uciekła nader szybko.
Widok Jego zatem zniknął.
Chyba Jej nie zauważył.
Los znów zdanie Jej podważył.

Znów na drodze Go postawił.
Znowu los się Nią zabawił.
Tak. Zabawił i porzucił.
W uszach Jej- śmiech Jego nucił.

W wyobraźni także Jej
obraz w cieniu ukrył się.
Śmiech i obraz się panoszą
nie pytają i nie proszą

tkwią
czyhają
i czekają
i ze sobą rozmawiają...

Czemu los tak Ją katuje?!
Ktoś Jej losem dyryguje?!
Znowu ujrzeć Go musiała...?
A już...
prawie zapomniała...

Ona cz. VII

Wszystko sobie wymyśliła
w swojej głowie uroiła
i choć Ją dezorientował
/raz się zjawiał
raz się chował/
robił rzeczy niewiadome.
Szanse były lecz znikome.
On gdzieś uciekł
Ona nie
teraz inny mają wiek.
Nigdy nic się nie zdarzyło.
Samo z siebie się skończyło.
Nigdy nic się nie zaczęło
nogi w piernik za pas wzięło.

Pusta przestrzeń chociaż licha-
ciągle
nadal
wciąż

oddycha.

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Ciastka z dziurką :)

Przepis- powiem- doskonały!
Zamęt zrobił dziś niemały,
podpatrzony, skopiowany
i- a jakże!- rymowany!

Składniki:
4 duże marchewki
450 g mąki
łyżeczka proszku do pieczenia
200 g masła
70 g cukru pudru
1 żółtko
łyżeczka cynamonu

Ciasto z tego wyrabiamy,
wałkujemy, wycinamy
duże koło a w nim dziurę
jedno, drugie, trzecie wtóre...

tyle samo dużych kół,
które pójdą na sam dół
lecz bez dziury, bez otworów
duże koło bez walorów.

Ułóż ciastka na brytfannie
w odległościach, nienagannie
i do ręki uchwyć pędzel,
pędzluj ciastka swe czym prędzej!

W dziurę zaś wierzchniego koła
wprost do okrągłego doła
nałóż dżemu dwie łyżeczki
/dżem z truskawki lub porzeczki,

brzoskwiniowy lub z moreli
albo z innych ceregieli/
I zafunduj im ciepełko,
podkręć mocno pokrętełko

dziewięćdziesiąt oraz sto,
bo ciepełko to jest to!
Potem hop- do piekarnika
nastaw według minutnika

jeden kwadrans im potrzeba
i już będziesz krok od nieba...!
Cukrem pudrem z wierzchu syp
i pałaszuj ciacha w mig!










P.S. Przepis pochodzi z programu Ani Starmach 'Pyszne 25'. Ciastka są MEGA! I nie żałujcie marchewki. Na zdrowie!

czwartek, 15 stycznia 2015

To było miesiąc temu...

Czas biegnie jak zwariowany! Miesiąc minął. Kiedy? Nie mam pojęcia. I choć czas biegnie, to u nas spokojnie. Stwierdzam, że z dwójką dzieci póki co nie jest źle. Tyle nam kąpać jedno co i dwa :-) Organizacyjnie daję radę, ale tego wszystkiego nauczyłam się przy pierwszym dziecku. Chyba wtedy jest gorzej, bo świat wariuje i zmienia się o 180 stopni. Teraz to tylko rutynowe powtórki z rozrywki. Chciałabym, żeby czas się zatrzymał.

15 XII 2014 r.
5.20 budzę się i idę do toalety. Kładę się spać z powrotem.
5.30 znowu idę do toalety.
5.50 minimalny skurcz w brzuchu. Pewnie kolejne przepowiadające- myślę sobie.
6.00 skurcz
6.10 skurcz
6.20 skurcz
6.30 skurcz
6.40 Tomasz się budzi. Mówię, że trochę mnie ściska w brzuchu i że idę pod prysznic, żeby sprawdzić, czy skurcze miną.
6.50 skurcz. Czekam, żeby wejść pod prysznic. Liczę 1,2,3.......15. Mija.
Wchodzę pod ciepłą wodę. Ulga. Nie czuję tak skurczów, jak przed chwilą. Spokojnie golę nogi, robię masaż oliwką, wcieram, nacieram, relaks. Nagle czuję skurcz. Słyszę, że Tomasz odprowadza Arusia do żłobka. Kolejny skurcz. Nie wiem która godzina, nie wzięłam zegarka, żeby mierzyć. Tomasz przychodzi. Skurcz. On mierzy- ja liczę długość skurczu:
1,2,3,4,5,6,7,8,9,10,11,12,13 apogeum bólu 14, 15, 16, 17, 18, 19, 20 ustaje. Do wytrzymania. Trzymam się rurki pod prysznicem.
Wychodzę, a raczej próbuję wyjść, ale nie mogę. Skurcz. Kurde. Naprawdę rodzę? Trochę ten ból słaby, jak na poród. Napewno nie rodzę. Za słabo boli. Wychodzę. Tomasz zaczyna mnie pospieszać, a ja uparcie mówię, że czekamy. Nagle kolejny skurcz. Bez wody. Kurde. Boli. Znowu liczę:
1,2,3,4,.......łapę Tomasza za rękę i wtulam się w Niego, żeby było mi lepiej, liczymy razem. Wreszcie 20! Poszło. Wycieram się w przerwie, balsamuję. Związuję włosy. Idę do szafy. Odsuwam szufladę, próbuję się ubrać. Skurcz. Liczę sama trzymając się szuflady:
1,2,3,4,.......................20.
Skurcze co 6 minut!
Tomasz przejmuje kontrolę. Bierze torbę do szpitala, zakłada mi płaszcz i mówi, że jedziemy. Ja twierdzę, że to nie boli tak jak powinno. Posłusznie idę za Nim do garażu. Zjeżdżamy windą. Wychodzimy. Choinka. Padam ze śmiechu. Wczoraj ją ubieraliśmy. Dochodzę do samochodu. Potężny skurcz. Natychmiast ściągam szalik, bo pierońsko przeszkadza. Liczymy razem.
1,2,3,4....................20 ból zanika. Uff.
Jedziemy szybko do szpitala. Nie wierzę, że się zaczęło.Ciągle pomimo intensywnych skurczy, czekam na większy ból, taki jak przy pierwszym porodzie.
Po drodze 3 razy skurcz co 5 minut.
Godz. 8.35
Ujastek- recepcja. Wypełniam dokumenty. Odpowiadam na pytania. Skurcz. Jeden, drugi, trzeci! Zapominam torebki. Idziemy na izbę przyjęć. Tomasz zostaje na korytarzu. Czeka.
Znowu wypełniam dokumenty, ale do połowy. Skurcz. I krzyczę trochę pod nosem. Nie daję rady nie wydawać z siebie żadnego dźwięku. Pani z izby przyjęć nie zwraca na mnie uwagi i każe wypełniać dalej. Wychodzi lekarz z pokoju. Zapraszam Panią, zbadam i zobaczymy jakie jest rozwarcie.
Nie mogę się położyć. Lekarz- Anioł! mi pomaga i mówi:
- Pomogę Pani, spokojnie. Wystarczy, że Pani usiądzie na leżance.
Pomaga mi się rozebrać. Skurcz. Mówię, że nie dam rady się teraz położyć i pytam, czy mogę Go ścisnąć za rękę, bo nie mam się czego chwycić. Odpowiada, że oczywiście! Podaje mi ręce i przechodzi ze mną przez ten skurcz. Pozwala mi schować głowę w swoim białym fartuchu, żeby stłumić nieco mój krzyk. Bada mnie i mówi, że wszystko w porządku. Ubiera mnie. Pomaga wstać, wychodzimy z pokoju a Pani z Izby przyjęć atakuje dokumentami i mówi:
- Jeszcze tu proszę wypełnić!
Próbuję coś zaznaczać, ale skurcz jest naprawdę silny. Na stojąco zaznaczam jakieś kratki i nagle czuję ogromne parcie. Wyrzucam długopis z ręki i papiery. Jest blat! Cudownie. Łapę się go mocno i zginam wpół. Stoję w lekkim rozkroku i krzyczę. Chyba słyszy mnie cały szpital. Lekarz gromi wzrokiem Panią z Izby Przyjęć i mówi:
- Mówiłem przecież, że jest pełna ręka!
Nagle zjawiają się 3 osoby, jedna każe mi wsiąść na wózek, a ja nie chcę! Bo nie mogę USIĄŚĆ!
Siadam w końcu, sama nie wiem jak. Wiozą mnie pędem korytarzem i widzę Tomasza. On też zapomina mojej torebki z recepcji. Omijamy salę przedporodową i wjeżdżamy na porodową. tu czeka na mnie kolejne 4 osoby i stoją prawie na baczność! Wstaję. Położna rozwiązuje mi buty, a ja mówię, żeby rozsunęła zamki, bo będzie szybciej i że nie chcę nacięcia, jeśli nie trzeba będzie. Ściąga buty i każe mi się położyć natychmiast do badania. Mówi, że nie będzie nacinać, jeśli nie będzie trzeba. Skurcz party. Stoję w rozkroku. Widzi, że zaczynam rodzić, a ja sama w to nie wierzę. Mówię, że chciałam znieczulenie, a ona ze śmiechem, że "teraz??? za późno, zaraz urodzisz! Daj się zbadać. Wchodź na łóżko, bo tak nic nie widzę. Kładę się. Słyszę:
-Pełne rozwarcie!
Wpada Tomasz. Ufff.
Skurcz party.
Słyszę:
- Przyj, powoli, powoli!
Odpowiadam, że wolniej nie mogę!
-Dobrze, dobrze! Mocniej, mocniej jeszcze! Jest! Główka! Jest!
Nie wierzę im. Sama nie wiem czemu. Za szybko!
W trakcie ktoś zakłada mi wenflon, a to dobre! Ktoś na rozkaz (!) Tomasza wyciera mi twarz.
Tomasz mówi, że jest główka. Jemu też nie wierzę. Sprawdzać też nie chcę. Ale tempo.
Ból. Adrenalina. Łzy. Tomasz. Położna, ktoś coś mówi, żebym nie podchodziła do góry. Próbuję wykonać. Skurcz party.
- Teraz przyj, urodzisz! Przyj! Dobrze, bardzo dobrze! Położna liczy, JEST!
Jeden krótki moment.
Nie wierzę.
Dostaję Tymusia na ręce.
On naprawdę z Nami jest.
Tomasz patrzy i nie wierzy. Ja, w szoku!
Już?
Godzina 9.15.
Tulę Tymusia z całych sił. Ciało noworodka jest JEDYNE. Maź płodowa, kolor- CUD. CUD NARODZIN. Morze łez. Dalej nie wierzę. Patrzę na Synka i chłonę każdy szczegół, by zapamiętać go do końca życia, tak jak przy Arusiu. Płaczę. Nie myślę o tym, żeby się powstrzymać. Ktoś mówi, że już po wszystkim, żeby się cieszyć i nie płakać. Starsza położna Go gani.
- Daj Jej spokój! Ledwo przyjechała!
Podchodzi do mnie, głaszcze mnie po głowie i mówi:
- Płacz Złotko, płacz za szczęścia. Byłaś dzielna. Pięknie dałaś radę.
No to wyję z płaczu.
Odchodzi i mówi:
- To jest Jej chwila. Niech płacze. niech się wypłacze...
Dochodzę do siebie. Liczę załogę, która mi towarzyszyła przy porodzie. W sumie 7 osób. Nie źle. Ledwo mieszczą się w tej małej salce porodowej. Część z nich po chwili opuszcza pokój. Nikt nie zabiera Tymka. Słyszę:
- Proszę sobie leżeć spokojnie i dać znać kiedy możemy zważyć Synka. Możecie tak sobie leżeć sami. My zaczekamy. Cieszcie się :) No to się cieszymy i dalej jesteśmy w szoku. W końcu proszę, żeby ubrali Tymusia, żeby Mu nie było zimno, chociaż dostaliśmy koc. Tomasz idzie do sali przedporodowej, żeby zabrać to co wrzucił po drodze biegnąc do porodu. Tymuś zważony, zmierzony. 53 cm i 3270 wagi ciałka. Najpiękniejszego w świecie. 10 pkt w skali apgar.
Rodzę łożysko. Mam lekkie otarcie i zakładają mi dwa szwy. Zero bólu, dyskomfortu- nic. I już po. Siadam na wózek. Jadę do sali. Jest mi potwornie zimno. Cała dygoczę. Przyjeżdżam. Wstaję z wózka i kładę się. Tymuś koło mnie. Patrzymy na siebie i nie wiemy co powiedzieć.

.....

Zapoznaję się z koleżanką z pokoju. Aga mówi:
- wiesz wpadła salowa i ścieli łóżko i mówi, że przyjechała jakaś z ulicy i urodziła. Patrzę, a to Ty. I wiesz, że jak przyszliście, to tak rozmawialiście ze sobą, jakby Tymek wcale się nie urodził! Chyba szybko poszło, co...?
Po trzech godzinach idę się wykąpać i nie czuję, jakbym przed chwilą rodziła. Poziom adrenaliny wystarczyłby dla trzech rodzących. Zmęczenie i głód dopada mnie wieczorem....


Teraz pisząc posta łzy również pociekły. To był poród marzeń. Św. Juda pomógł. Spisał się na medal. Tymuś leży koło mnie na łóżku w słońcu i się złośći, bo świeci Mu w twarz. Ocieram łezkę i zmieniam Mu pozycję. To było miesiąc temu....miesiąc temu.....